X. Zła baba znika
Świt nie przyniósł ulgi. Raczej odsłonił nowe rysy na powierzchni dnia. Obudziłem się na zimnej podłodze kuchni, skulony za wyspą, z nożem obok. Noc zostawiła we mnie ciężar większy niż zwykły kac - skóra lepiła się od potu, oczy piekły jak po zbyt długim patrzeniu w ciemność.
Podniosłem się powoli, nieufny wobec własnego domu. Każdy krok stawiałem tak, jakby budynek mógł zadrżeć od przypadkowego dotyku. Otworzyłem drzwi i wyszedłem na zewnątrz. Powietrze pachniało wilgocią i kurzem. Cisza poranka była nienaturalnie gęsta, jakby drzewa i cegły wstrzymywały oddech.
Przy piwnicznym oknie szkło naprawdę pękło - rysa błyszczała w bladym świetle jak cienka rana. Pochyliłem się niżej i wtedy zauważyłem na trawie kartonik, detal nie na miejscu. Podniosłem go. Bilet autobusowy, papierowy - ten z automatu na przystanku, który trzeba skasować w pojeździe.
Druk był wyraźny: godzina skasowania 2:55.
Serce zabiło mocniej. Ta godzina układała się z nocą jak zamek i klucz: dojazd, krótki marsz - i 3:34; dokładnie tyle pokazał mój telefon, kiedy zobaczyłem twarz za piwnicznym oknem. Papier, zwyczajny i przybrudzony, a jednak cięższy niż wszystkie moje nocne notatki. Dowód w sprawie, której nikt jeszcze nie prowadził.
Schowałem bilet do portfela. Oddychałem płytko i wiedziałem już, że to nie był majak. Ktoś tu był. Zostawił ślad. A ja właśnie go trzymałem.