II. Starsza Pani
Tamtego dnia, kiedy autobus minął znajomy blok, coś mnie tknęło. Zazwyczaj mijaliśmy te same budynki, identyczne jak odbite w lustrze - szare, obdrapane, z suszącym się praniem na balkonach. Ale tym razem jeden z nich wyglądał inaczej. Jakby był pusty w środku.
Wysiadłem kilka przystanków dalej i zawróciłem. Nie dawało mi to spokoju. Kiedy podszedłem bliżej, poczułem dziwny chłód, choć dzień był duszny i lepki. Podeszwy kleiły się do asfaltu, a powietrze gęstniało.
Przy wejściu stała starsza kobieta. Chuda, w wyciągniętym swetrze, patrzyła tępo w przestrzeń. Podszedłem i zapytałem: - Przepraszam, czy ten blok zawsze tak wyglądał?
Odwróciła się do mnie powoli. Jej oczy były zamglone, jakby widziała coś zupełnie innego niż ja. Skinęła głową, ale po chwili szepnęła: - Kiedyś tu byli ludzie. Teraz ich nie ma.
Zanim zdążyłem dopytać, zamknęła się w sobie, jakby nagle uświadomiła sobie, że powiedziała za dużo. Odeszła w stronę pobliskiego kiosku, zostawiając mnie samego.
Spojrzałem na domofon. Przyciski były starte, opisy lokali zniknęły, zostały tylko puste ramki po karteczkach. Nacisnąłem pierwszy lepszy. W głośniku zabrzmiał trzask, potem jednostajny, nieludzki szum. Spróbowałem innego - to samo, tylko szum, jakby ktoś puścił zapętloną taśmę.