IX. Radio
Dzień w pracy był ciężki, choć nie chodziło o liczbę zadań. Ciężar brał się z czegoś niewidzialnego, co unosiło się w powietrzu jak warstwa dymu. Ludzie w biurze mówili półsłówkami, głosy urywały się w połowie zdania, spojrzenia gubiły w pustce. Miałem wrażenie, że wszyscy są obecni tylko częściowo, a reszta ich ciał i dusz dryfuje gdzieś indziej, w przestrzeni, do której nie miałem dostępu.
Kiedy wróciłem do domu, czułem się zużyty nie jak człowiek po ciężkiej zmianie, ale jak mechanizm, który zaczyna się rozpadać w środku. Nie bolały mięśnie, nie bolała głowa – to było głębsze. Jakby sama matryca, na której opiera się świadomość, zaczęła się rozsypywać w pył.
Zjadłem odgrzewane resztki i wpatrywałem się w noc za oknem. Czerń nie była płaska. Miała warstwy, połysk, głębię, jakby można było w nią wpaść. Latarnie odbijały się w niej jak pojedyncze ogniki zawieszone w brei.
W końcu zszedłem do piwnicy.
Szare arkusze papieru pakowego przyklejone do ścian wyglądały jak mapa eksperymentu, który wymknął się spod kontroli. Notatki, cyfry i linie jarzyły się w półmroku, jakby same chciały do mnie mówić.
Nie sięgnąłem od razu po marker. Nalałem sobie whisky z karafki, czystej, ostrej, która spaliła gardło i na chwilę otępiła lęk. Usiadłem i uruchomiłem stare radio Śnieżka. Gałka opierała się dłoni, eter zasyczał, aż wreszcie przebił się głos spikera.