VI. Psychomodem
Mówią na mnie Kubek. Mam czterdzieści lat. To nie jest imię, a przydomek, który przykleił się do mnie dawno temu i został.
Lubię bluzy. Czasami chowam się w kapturze, żeby wtopić się w tłum. Ale potrafię też nosić garnitury – w pracy są obowiązkowe i traktuję je jak zbroję. Lubię muzykę, lubię zabawę, lubię spotkania z przyjaciółmi. Ale ostatnio coraz rzadziej na nie chodzę. Obserwacje, które zbieram, odciągają mnie od rozrywki. Zamiast tego wybieram ciszę. Nie mówię o tym nikomu – jeszcze nie.
Nie mam kont na Twitterze. Nie znajdziecie mnie na Facebooku, YouTubie ani TikToku. Nie istnieję w sieci. I może właśnie dlatego wciąż widzę to, czego inni nie zauważają.
Pamiętam starszą kobietę przy domofonie, która rozpłynęła się w powietrzu. Pamiętam komisariat i przesłuchanie, gdzie pytania były cięższe niż odpowiedzi. Pamiętam blokowisko, milczące i zimne, jakby zostało wzniesione dla kogoś innego. I pamiętam ludzi w autobusach – wpatrzonych w telefony, a jednak martwych.
A teraz jeszcze te ciała. W internecie pełno było artykułów i relacji rodzin, które nie mogły ich odzyskać. Komentarze wypełniały się gniewem i bezsilnością. Każdy nowy wpis sprawiał, że Warszawa stawała się coraz cięższa, jakby nałożył się na nią dodatkowy, niewidzialny wymiar.
To wszystko wepchnęło mnie do gabinetu psychologa.