III. Komisariat
Na komisariacie posadzili mnie w małym pokoju z brudną szybą w drzwiach — taką, przez którą świat wyglądał jak wspomnienie po ulewie. Kiedy drzwi się zamknęły, zatrzasnęły się też wszystkie dźwięki. Został tylko zegar na ścianie — wskazówki nieruchome, jakby czas nie miał tu wstępu.
W powietrzu unosił się zapach farby olejnej, starych papierów i wilgoci, która zdawała się wsiąkać we wszystko — w ściany, meble, ludzi. Każdy wdech zostawiał na języku smak dwutlenku węgla i suszonej papryki. Szorstki, szczypiący, nie dający się zatrzymać w płucach.
Po drugiej stronie stołu siedział młody policjant, może po trzydziestce. Miał ten rodzaj energii, która jeszcze wierzy, że system działa. Na biurku kubek z niedopitą kawą i długopis, którym stukał w rytm jego myśli.
— Imię i nazwisko — rzucił tonem człowieka, który wypowiada to zdanie kilkadziesiąt razy dziennie. — Jakub — odpowiedziałem. — Adres? Podałem. — Numer telefonu? Powiedziałem.
Zapisywał wszystko powoli, jakby słowa były czymś ciężkim. Świetlówka nad nami brzęczała monotonnie, a jej zimne światło drżało na jego policzku.
Podniósł wzrok. — Co pan właściwie widział?