IV. "4"
Praca tego dnia była jak zawieszona w próżni. Raporty, tabelki, liczby – wszystko migało przed oczami, ale nic nie zostawało w głowie.
Kolejne godziny zlewały się w jedno, jakby ktoś wyciszył dźwięk i odciął kolory. Myśli uciekały wciąż do znikającego bloku i do spojrzenia starszej kobiety spod domofonu.
Koledzy w biurze rozmawiali o błahostkach – o meczach, o promocjach w sklepach – ale ich głosy brzmiały jak zapętlona taśma. Nie było w nich życia, tylko mechaniczne powtarzanie schematów. Czułem się obcy, jakby ktoś wpuścił mnie w obcy spektakl.
Pod koniec dnia Majonek zwołał krótkie zebranie. Mówił o dyscyplinie, o nowych zasadach, o tym, że system wymaga kontroli. Słowa spływały jak nakazy, których nie da się nie usłyszeć. Każda sylaba wbijała się w czaszkę, zostawiając ślad, którego nie dało się usunąć.
Wieczorem wsiadłem do autobusu. Za szybą widziałem swoje odbicie, ale przez moment miałem wrażenie, że to ktoś inny patrzy na mnie z drugiej strony. Jakby szkło było cienką membraną, a tam, po drugiej stronie, istniała druga wersja mnie.
Za plecami siedziała dziewczyna. Scrollowała telefon, a potem nagle znieruchomiała. Palce zawisły nad ekranem, wzrok utknął w jednym punkcie. Spojrzałem na szybę – ona patrzyła dokładnie tam, gdzie ja.