VIII. Awans
Obudził mnie ostry dźwięk telefonu. Podskoczyłem tak gwałtownie, że stara kanapa w piwnicy zaskrzypiała jakby miała się rozpaść i oddała przy tym zgromadzone przez pięćdziesiąt lat gazy. Ekran świecił mi prosto w oczy, oślepiając zimnym światłem.
- Gdzie ty, kurwa, jesteś?! - ryknął Majonek. - Jest dziesiąta piętnaście, powinieneś być już dawno w pracy!
Zamarłem. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że wciąż leżę w piwnicy. Na betonowej posadzce obok stała pusta szklanka po whisky, a na ścianie wisiał arkusz papieru pakowego pełen nocnych bazgrołów - cyfr, strzałek, nazwisk. Głowa dudniła mi jak stary silnik, język był suchy jak popiół.
„Zaspałem. Nie... po prostu odcięło mnie" - przemknęło mi przez myśl.
Zerwałem się, wciągnąłem pierwsze ubrania i wybiegłem na powierzchnię. Autobus nie wchodził w grę - zamówiłem Ubera. Miasto przesuwało się za szybą w swoim rytmie: korki, klaksony, ludzie pochłonięci ekranami. Tylko ja czułem, że coś się zmienia.
Majonek był w CERN-ie, delegacja życia, ale mimo to głos w telefonie brzmiał tak, jakby siedział obok. Zanim odłożyłem słuchawkę, rzucił jeszcze jedno zdanie, tym razem spokojniejsze, chłodniejsze: