VII. "1-5-1-5"
Zrzuciłem połączenie od Majonka. Nie miałem siły ani odwagi, by teraz z nim rozmawiać. Autobus stał unieruchomiony na moście, światła awaryjne pulsowały nerwowo - jakby w stalowym ciele tej maszyny włączał się sygnał alarmowy.
Pasażerowie milczeli, zgarbieni, kurczowo trzymający telefony, jakby te prostokątne kawałki plastiku i szkła mogły ich ocalić.
Syreny policyjne rozdarły echo strachu. Ich fale odbijały się od tafli Wisły, tnąc ciszę na ostre kawałki. Funkcjonariusze weszli do środka w rytmie wyuczonym do perfekcji. Taśma. Zdjęcia. Notatki. Krótkie, mechaniczne pytania, które brzmiały jak linie kodu wpisywane w ludzką pamięć.
Z rozmów wychwyciłem najgorsze. Kobieta nie żyła. Napastnicy zabrali coś - niewielki przedmiot, prostokątny i gładki. Niczym nieosłonięty, banalny w formie, a jednak wystarczająco ważny, by dla niego zginąć.
- Gdzie pan siedział? - Czy widział pan twarze? - Czy ofiara rozmawiała z kimś przed atakiem?
Odpowiadałem automatycznie, półsłówkami. Wiedziałem, że wtopię się w szum - że moje słowa będą tylko jednym z plików zapisanych w aktach.