Reżyser i pył
Pub był jednym z tych miejsc, w których czas zwalniał, jakby ktoś od środka dokręcał mu śrubę. Ciemne drewno nasiąkło szeptami, półprawdami i cudzym śmiechem, a przytłumione światło nie tyle odsłaniało twarze, co pozwalało im pozostać w bezpiecznym półcieniu. Idealne warunki do rozmów, których nie powinno się prowadzić zbyt głośno.
Przede mną stało piwo - chłodne, ciężkie, z pianą opadającą powoli, jakby miała własną grawitację. Zatoczyłem palcem krąg po mokrym szkle. Mgła zawsze opada pierwsza. Tylko czasem nikt nie zauważa, że wcale nie powinno jej tam być.
Majonek siedział naprzeciwko, pochylony nad stołem, jakby nasłuchiwał nie tylko naszych słów, ale też tych, które dopiero miały się wymknąć. Pablo obok - pozornie luźny, lecz uważny. Z tym spojrzeniem człowieka, który zbyt często widział, jak rzeczywistość przegrywa z dobrze opowiedzianą historią.
- Dobra - powiedział Pablo, unosząc kufel. - Zostawmy romantyczne symbole. Weźmy technikę na warsztat.
Majonek skinął głową i stuknął palcem w blat. Suchy dźwięk, jak przy pisaniu pierwszej litery na tablicy szkolnej.
- Światło - rzucił. - Jedno źródło, a cienie rozchodzą się, jakby miały kilka słońc. Pył, który raz zachowuje się jak w próżni, a raz jak w powietrzu. Brak gwiazd na zdjęciach, choć w kosmosie powinny wręcz krzyczeć.