Iluzja Nieba
Wpatrywałem się w ekran. Cyfry pulsowały w równych odstępach, jakby ktoś zsynchronizował je z moim sercem… a potem zaczął powoli rozstrajać cały mechanizm. Coś było nie tak. Coś w tle drżało.
Czułem w powietrzu wibrację, jakby niewidzialny silnik pracował tuż pod rzeczywistością, gotów zmienić jej bieg.
To nie było zwykłe napięcie — raczej subtelny sygnał, że świat szykuje się do przesunięcia własnych granic. Taki rodzaj drżenia, którego nie rejestruje żadne urządzenie, ale ciało wie pierwsze.
Majonek siedział naprzeciwko, pochylony nad stołem tak nisko, jakby bał się, że grawitacja przestanie działać, jeśli się odsunie. Milczał chwilę, śledząc przesuwające się dane. Palcami stukał nieregularnie, jakby testował tempo własnych myśli.
W końcu odezwał się:
— Te wszystkie Starlinki… — uniósł brwi, jakby chciał sprawdzić, czy wypowiedziane słowa naprawdę mogą pomieścić tę liczbę. — Mamy ich już ponad dziewięć tysięcy dwieście. A ich łączna masa to pięć i pół miliona kilogramów. Pięć i pół miliona, Kubek. Wyobraź to sobie: gdyby ułożyć je w jeden blok, wypełniłyby cały stadion. I to nie w teorii. W praktyce.